RSS
czwartek, 20 sierpnia 2015
Jak rozmawiać z dzieckiem o seksualności?

              Dużo mówi się o tym, czy edukacja seksualna powinna być w szkołach i od jakiego wieku dziecko powinno o seksualności się uczyć. Dyskusję na temat lekcji w szkole zostawiam innym lub na inny czas, dzisiaj chciałabym skupić się na tym jak rodzice mogą z dzieckiem o tym rozmawiać. Nie pytam, czy mogą to robić lub czy powinni, bo wiele już było dyskusji na ten temat. Tych którzy są przeciwni, nie zamierzam dzisiaj przekonywać.

          Skupię się na tych, którzy są za lub zastanawiają się nad tym. Rozmawiając z ludźmi i czytając dyskusje internetowe zauważyłam, że często rodzice zastanawiają się, kiedy rozmawiać z dzieckiem o seksualności. To ważna kwestia. Warto zdać sobie sprawę, że seksualność nie jest czymś, co pojawia się w okresie dorastania. Słowo „sex” wywodzi się z łaciny i znaczyło pierwotnie po prostu „płeć” (z resztą do dzisiaj ma takie znacznie np. w języku angielskim), jest więc czymś, z czym się rodzimy. Noworodek przychodzi na świat będąc chłopcem lub dziewczynką (pomijając rzadkie anomalie). Z reguły to, jakiej płci jest dziecko, wpływa od samego początku na to, jak jest traktowane i postrzegane – trudno od tego uciec. Ma ciało określonej budowy i tę swoją budowę poznaje niemal od początku, od kiedy tylko jest w stanie sięgać rączkami do różnych części ciała. A nawet wcześniej – bo przecież choćby podczas przewijania rodzice często mówią do dziecka o tym, co robią – i już tutaj zaczyna się edukacja seksualna, czy tego chcemy czy nie. Warto więc robić to świadomie. I kiedy chłopiec pierwszy raz złapie się za penisa, nazwać to co robi, a nie oceniać („o! trzymasz swojego siusiaka”, zamiast „gdzie ty się łapiesz?? to nie ładnie! tak się nie robi”).

             Przez pierwsze trzy lata życia dziecko uczy się swojego ciała, tego, jak jest skonstruowane i jak nad nim panować – jak chodzić, biegać, jeść łyżką, ale także jak załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. To bardzo ważna nauka i przy jej okazji trudno jest uniknąć np. nazywania części intymnych – no by czym się to siusiu do nocnika robi? Warto przemyśleć sprawę i mieć przygotowane określenia, gdy trzeba ich będzie użyć. Niektórzy sugerują używanie nazw naukowych: penis, pochwa; inni traktują jako normę słowa potoczne, choć niekiedy wulgarne jak „fiutek” czy „cipka”. Wybór należy zawsze do rodzica i ważne, żeby był zgodny z tym, co czują. Jeśli ktoś niekomfortowo czuje się mówiąc „penis” to nie musi tego robić. Ja osobiście jestem zwolenniczką używania na tym etapie pewnych delikatniejszych określeń, jak np. ptaszek, siusiak czy u dziewczynki: myszka, muszelka. Ale każdy, jak powiedziałam, wybiera za siebie. Unikanie nazywania tych części ciała, lub wymawianie słów, które stają w gardle i powodują wstyd przekazuje dziecku komunikat, że to jakieś dziwne części ciała, że coś z nimi jest nie tak i wspominanie o nich czy dotykanie jest czymś złym. A chyba nie o taki komunikat chodzi. Już na takim wczesnym etapie rozwoju dziecka stawiamy fundamenty jego stosunku do płciowości i seksualności. Później na tych fundamentach będziemy budować m.in. jego akceptację samego siebie.

            Kolejny etap rozwoju seksualnego, czy płciowego zaczyna się około 3-4 roku życia dziecka. Wtedy płeć odkrywana jest świadomie. Pojawiają się pytania o różnice w budowie dziewczynek i chłopców, chęć przyglądania się osobie odrębnej płci, dotykania, zabawa w „doktora”, a także zainteresowanie kwestią „skąd się biorą dzieci”. Wielu rodziców jest trochę przerażonych tymi pytaniami lub zażenowanych. Znowu pojawia się pokusa powiedzenia „jesteś jeszcze za mały/mała”. Ale skoro te pytania się pojawiają, to znaczy, że to właśnie czas na odpowiedzi. Wszędzie można wyczytać, że powinny być adekwatne do wieku, ale co to właściwie znaczy? Dziecku na tym etapie nie potrzebne są informacje o tym, czym jest stosunek seksualny, zwykle nie pojawiają się też pytania o aspekt fizjologiczny seksu. Zbyt dokładne opowiadanie o tym mogłoby przerazić lub wzbudzić obrzydzenie. Gdy pojawiają się pytanie o to skąd się biorą dzieci, zwykle dobrym pomysłem, jest odpowiedzenie o ciąży, jej przebiegu i o tym, jak dziecko rośnie w brzuchu mamy. Można też powiedzieć, że rodzice przytulają się do siebie mocno w szczególny sposób zarezerwowany dla dorosłych i wtedy w brzuchu mamy powstaje dziecko. Wydaje mi się użyteczna metafora, że tata zasiał w mamie ziarenko, z którego wyrośnie dzidziuś – niektórym ta metafora może nie odpowiadać, nie ma konieczności używania właśnie jej. To tylko sugestia pewnego stylu opowiadania o poczęciu.

           W wieku około 7-11 lat dziecko mocno identyfikuje się ze swoją płcią. Zabawy najczęściej przebiegają w obrębie tej samej płci. Dzieci niejednokrotnie same podkreślają różnice, których są świadome. Mogą pojawić się zabawy seksualne w obrębie tej samej płci. Jest to kolejny etap poznawania siebie i płciowości. Już na tym etapie dziecka mogą nie zadowalać odpowiedzi na temat poczęcia dziecka użyteczne wcześniej. Teraz dziecko chce znać szczegóły. Wielu rodziców zastanawia się, kiedy uświadomić swoje dziecko? Ja uważam, że najlepiej wtedy, gdy o to pyta. Skoro pyta, to to nie jest za wcześnie, to jest właśnie ten czas! Niekiedy krępująca bywa rozmowa na ten temat, dlatego warto sięgnąć po literaturę, można pokazać obrazek, który wyjaśni fizjologię, a nie będzie pornografią. Warto zapoznać dziecko z anatomią narządów płciowych i ich funkcjonowaniem. Jeśli tego nie zrobimy, ono zaspokoi swoją ciekawość w gronie rówieśników lub w internecie – a tam, bez towarzyszenia rodzica znajdzie treści zupełnie nieadekwatne do swojego etapu rozwojowego.

          Kolejnym etapem rozwojowym, po ok. 12 roku życia, będzie już okres dorastania, który potrwa do wczesnej dorosłości. Dziecko zmienia się w kobietę lub mężczyznę. Pojawiają się zachowania seksualne. Pierwsze pocałunki. Masturbacja. Czasem w obrębie tej samej płci, czasem z płcią przeciwną – młody człowiek eksperymentuje, żeby odkryć swoją tożsamość seksualną. Pojawia się teraz wiele pytań. Ale rzadko kierowane są do rodziców, szczególnie, jeśli na wcześniejszych etapach dziecko było zbywane lub wyśmiewane za zadawanie ich. Jeśli wcześniej fundamenty zostały zbudowane, w relacji jest zaufanie i bezpieczeństwo, to jest szansa, że będzie możliwość dalszego wprowadzania dziecka w świat dorosłych. Dziewczynki zaczynają miesiączkować,a u chłopców pojawiają się erekcje i wytryski. Teraz jest czas na naukę o antykoncepcji i konsekwencjach podjęcia współżycia (chociaż większość nastolatków rozpocznie je znacznie później, pod koniec tego etapu). Wielu rodziców widząc te zmiany zaczyna się zastanawiać nad „uświadamianiem” dziecka. Z reguły na to jest już za późno, z takich, czy innych źródeł, dziecko dowiedziało się już, czym jest seks. Co nie znaczy, że jest za późno na rozmowę o seksualności – na nią nigdy nie jest za późno. Ważne, żeby uszanować potrzeby młodego człowieka i podążać za nimi. Opowiadać w miarę możliwości na pytania, które są stawiane. I nie bać się własnej niewiedzy – nastolatek nie spodziewa się już, że rodzic wie wszystko. W rozmowie staje się partnerem. I, jeśli na to zapracujemy, będziemy mogli po partnersku rozmawiać z nim niemal o wszystkim.

piątek, 17 lipca 2015
I po co mi to? Czyil dzwoniąc po pomoc.

Muszę podzielić się opowieścią o sytuacji, która spotkała mnie wczoraj, bo wywołała we mnie bardzo silne emocje. Otóż wracałam do domu samochodem z moim dwuletnim synem, który był już zmęczony i śpiący. Jadąc dość ruchliwą ulicą zobaczyłam na trawniku leżącego mężczyznę, wyglądał na półprzytomnego, jakby nie był w stanie się podnieść. Nie było tam miejsca, żeby się zatrzymać, spojrzałam tylko na numer bloku obok i wzięłam więc od razu telefon i dzwonię na nr 112. Odbiera dyspozytorka, mówię, co widziałam i że nie wyglądało do dobrze – nie wiem, czy mężczyzna był pod wpływem alkoholu czy zasłabł, ale chyba potrzebuje pomocy. Pani dyspozytorka mówi z lekkim wyrzutem „to mogła się pani zatrzymać” odpowiadam, że nie miałam takiej możliwości, ona przełącza mnie na pogotowie, bo, jak twierdzi, w takich przypadkach tak robią. Zatrzymuję się na pobliskiej stacji benzynowej (bo i tak musiałabym z niej skorzystać), czekam na połączenie. Trwa to dłuższą chwilę, syn zaczyna się niecierpliwić. W końcu odbiera kolejna pani, które znowu od początku opowiadam, co widziałam. Dziecię mocno się już niecierpliwi, czemu daje wyraz na tyle głośno, że muszę go przekrzykiwać, żeby opowiedzieć pani co i jak – a że rozmawiam przez zestaw głośnomówiący, pani dyspozytor na pewno też go słyszy. Jak już skończyłam mówić pani mocno podniesionym głosem i z wyraźną złością wyrzuca z siebie jednym tchem: „Trzeba się było zatrzymać! Przyjęłam zgłoszenie” i rozłącza się nawet nie dając mi możliwości odpowiedzenia. Mówiąc, że mnie zatkało skłamałabym, bo owszem powiedziałam parę niecenzuralnych słów z wrażenia. Poczułam, jakby ktoś dał mi w twarz. Zostałam zrugana za niewystarczającą reakcję. To była ruchliwa ulica, w tym samym czasie przejeżdżało tamtędy ileś innych samochodów, po chodniku chodzili ludzie, obok jest kilka dużych bloków, które mają mnóstwo okien, ludzie chodzą z psami, wracają do domu. Mężczyzna leżał jednak sam. Nie byłam też którąś z kolei osobą, która dzwoniła, żeby to zgłosić. Nie była to też pierwsza w życiu moja reakcja na ludzką krzywdę i wielokrotnie wcześniej, gdy reagowałam słyszałam od różnych, także bliskich osób „po co Ci to?” „jest tyle ludzi dookoła, niech ktoś inny pomoże”; „nie narażaj się” (gdy dzwoniłam bo widziałam, że kogoś biją, albo podchodziłam do osób wyraźnie poranionych lub pod wpływem alkoholu); „dlaczego to zawsze Ty musisz pomagać?”. Nie wiem dlaczego, nie wiem, czy zawsze i raczej nie muszę. Ale jeśli tylko widzę, że komuś dzieje się krzywda to reaguję w miarę swoich aktualnych możliwości. A tym razem zostałam potraktowana przez dyspozytorkę jak jakaś obojętna podła istota (tak się w każdym razie poczułam). I jestem pewna, że wiele osób po takiej sytuacji zadało by sobie pytanie „to po co mi to?” lub stwierdziło „jak wy mnie tak traktujecie, to więcej nie zadzwonię!”. Od reakcji pani dyspozytor zależy nie tylko zdrowie i życie tego człowieka, w którego sprawie się dzwoni, ale także swoim zachowaniem buduje (lub rujnuje) postawę dzwoniącego. Moją miała okazję zrujnować, bo przez resztę wieczoru czułam się podle. A wystarczyłoby, żeby, zamiast zakładać moją złą wolę, powiedziała „dziękuję za zgłoszenie”. Czy to takie trudne?

środa, 18 marca 2015
"O zobacz, ptaszek leci!" czyli odwracanie uwagi dziecka.

Radzenie sobie z emocjami to temat niełatwy, wielu dorosłych nie radzi sobie z własnymi emocjami, co więcej, często nawet nie potrafi ich rozpoznać i nazwać. Nic więc dziwnego, że mają z tym kłopot także dzieci, zwłaszcza te bardzo małe. Wściekłość bobasa, krzyk, bicie i tupanie to nie lada wyzwanie dla rodzica. Trudno jest też patrzeć na usta w podkówkę i płynące po małej buzi łzy jak grochy. To jest tak trudne, że wielu rodziców próbuje jak najszybciej pozbyć się tej nieprzyjemnej sytuacji. Jak to zrobić? Mam wrażenie, że powszechną praktyką, proponowaną przez babie i doświadczone mamy i ciocie jest odwrócenie uwagi dziecka. Niemowlę krzyczy, bo nie dostało czegoś, co jest niedozwolone (np. chciało się bawić nożem)? - "choć, pobawimy się teraz nowymi klockami, są takie fajne i kolorowe!" mówi rodzic, żeby zająć je czymś innym. Płacze, bo się przewróciło? "nic się nie stało! Ooo zobacz, jaki piękny ptaszek leci!" - zagaja dorosły, żeby natychmiast przestało płakać. Obserwuję, że takie działanie wywołuje w dziecku ambiwalentne uczucia, bo przecież chciałoby się pobawić klockami, to byłoby miłe, ale dalej czuje złość czy smutek z innego powodu (coś się przecież jednak stało). Te emocje nakładają mu się i może już nie wiedzieć, co naprawdę czuje i czy te przeżycia są adekwatne. Nie pomaga mu też to poradzić sobie z tymi emocjami, poznać na to sposoby. Ciekawe, który z tych dorosłych czułby się przyjemnie, gdyby mu inni mówili: "mąż Cię zdradził? nic się nie stało, nie smuć się, zjedz ciastko", albo "szef Ci obciął premię i niesprawiedliwie ocenił? - zobacz, jaki piękny zachód słońca!" Czy czuliby się zrozumiani? Czy przestali by odczuwać nieprzyjemne emocje? Wątpię. Podejrzewam, że raczej ściekliby się na takie "dobre" rady. Tak samo jest z dziećmi. A przecież potrzeba zrozumienia jest jedną z najsilniejszych i odczuwają ją i duzi i mali ludzie. Niezwykle ważne jest traktowanie tych mniejszych po prostu jak ludzi i szanowanie ich, a także ich przeżyć. Jeśli chcemy, by dziecko radziło sobie w trudnych sytuacjach, z nieprzyjemnymi emocjami jako osoba dorosła, musimy zacząć uczyć go tego już od małego.

Mam wrażenie, że dorośli boją się, że nazwanie emocji dziecka, zaakceptowanie jej, spowoduje jej eskalację i dlatego na wszystkie sposoby próbują odwrócić uwagę dziecka od niej. A mały człowiek ma przecież prawo się złościć czy smucić i cokolwiek byśmy nie zrobili, nie uniknie przeżywania tych emocji. Może mu natomiast pomóc rozumienie ich, nazywanie i szanowanie. Kiedy dziecko krzyczy, bo babcia je potrawę, która absolutnie nie nadaje się dla jego małego brzuszka i wyciąga do niej ręce, można próbować zabrać je gdzieś indziej i zabawić. Ale czy to mu pomoże zrozumieć siebie i radzić sobie z samym sobą? Ja w takiej sytuacji mówię dziecku: "złościsz się, że babcia nie dała Ci spróbować. Chciałbyś też to zjeść? Lubisz próbować nowych potraw i trudno Ci się pogodzić z tym, że tej nie możesz?" I obserwuję, jak przestaje krzyczeć i wzdycha, bo czuje się rozumiany. To zupełnie nie zmienia faktu, że dalej mu tego nie wolno. jego frustracja nie znika całkowicie. Ale wie już, co się z nim dzieje i czuje się rozumiany. Nie jest odrzucony i negowany. Dowiaduje się, że ma prawo tak się czuć, że każdemu to się zdarza. I dopiero na takim etapie, jeśli jet to dla niego dalej trudne, mogę mu np. zaproponować inne danie - jako rekompensatę, sposób na poradzenie sobie z frustracją, a nie zaprzeczenie uczuciom.

Emocje są częścią naszego życia. Pojawiają się i znikają. Są czymś, co mija. Można to zaobserwować i pogodzić się z tym i wtedy życie staje się bardziej znośne. Można też z tym walczyć, starać się je tłumić i im zaprzeczać, - ale wtedy życie staje się znacznie trudniejsze.

W psychoterapii różnych nurtów jedną z najważniejszych rzeczy jest odkrycie przez pacjenta swoich prawdziwych emocji i uczuć, skontaktowanie się z nimi, zrozumienie, zaakceptowanie. wydobycie ich z nieświadomości, do której zostały wcześniej wyparte. A dopiero potem można uczyć się radzenia sobie z nimi. Chyba więc zamiast odkładać pieniądze na przyszłą psychoterapię naszych dzieci, warto już na etapie wczesnego dzieciństwa pomóc im w rozpoznawaniu ich emocji i akceptować je zamiast zaprzeczać i odwracać uwagę.

czwartek, 26 lutego 2015
Depresja Radomska

Czytam i piszę ostatnio o depresji - chorobie, która ma różne podłoża i przyczyny. Rozglądam się przy tym po okolicy i widzę smutne twarze. Zastanawiam się więc, czy możliwa jest też przyczyna geograficzna? W swoim gabinecie często słyszę od pacjentów, że nie lubią Radomia, że źle się tu czują. W internecie nie spotkałam się z taką ilością narzekania na żadne inne miasto poza Radomiem właśnie. A teraz wyczytałam, że wg "Diagnozy społecznej" - badania zespołu pfor. Czapińskiego (z 2011roku), Radom okazuje się być najnieszczęśliwszym z miast - zaledwie 1 procent mieszkańców jest zadowolonych z życia. JEDEN PROCENT! Aż wierzyć mi się nie chce. Zadziwia mnie ten fenomen. Wiem, że bezrobocie jest tu bardzo wysokie i to nie ułatwia czerpania radości z życia, ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Chyba jeszcze z czasów komuny ciągnie się za naszym miastem klątwa "radomskich warchołów". Mimo tego, że teraz powinniśmy być dumni z Radomskiego Czerwca'76, to nawet nie mamy porządnego pomnika upamiętniającego te wydarzenia i ciągle mieszkańcy wydają się nosić brzemię wstydu i poczucia winy. A te emocje to bliscy znajomi depresji. Ciekawe, czy gdyby przeprowadzić badanie statystyczne, okazałoby się, że występowanie tej choroby jest w Radomiu wyższe niż gdzie indziej? Podejrzewam, że tak. Choć w moim gabinecie wcale nie ma natłoku osób z takim rozpoznaniem. Może wszyscy dookoła nawykowo mówią, że i tak nic nie zmieni się na lepsze i zniechęcają do podjęcia terapii? Może przed przyjściem powstrzymuje ich brak pieniędzy (bo bezrobocie)? A może właśnie wstyd czy poczucie winy? I koło się zamyka, a depresja nasila.

Smutek, który czuję pisząc ten tekst, skłania mnie do tego, żeby skończyć na tej dołującej konkluzji. Ale inna część mnie nie zgadza się na to. Bo przecież można coś zmienić. Przecież można wyjść z domu, przyjść na terapię i wyleczyć się z depresji. Nawet jeśli zrobi to 0,5% przygnębionych mieszkańców, to coś się zmieni, choćby dla nich, dla ich bliskich. Wierzę, że z depresji, nawet tej głębokiej, radomskiej, naprawdę można wyjść!

czwartek, 19 lutego 2015
Test na depresję.

depresjaJak sprawdzić, czy masz depresję? Wpisujesz w wyszukiwarkę i proszę bardzo: jeden, drugi test, do wyboru, do koloru. Tylko czy wynik takiego testu rzeczywiście rozwieje Twoje wątpliwości? Czy masz wystarczającą wiedzę, żeby go zinterpretować? A co, jeśli wyjdzie, że nie masz depresji? Poczujesz się dzięki temu szczęśliwszy? Jeśli w ogóle wypełniasz taki test, to prawdopodobnie czujesz, że coś w Twoim życiu jest nie tak. I niezależnie od wyniku testu to się nie zmieni. Czy wobec tego nie warto ich robić? To tak, jak z badaniami laboratoryjnymi: możesz zrobić na własną rękę, ale powinieneś iść do lekarza, żeby zinterpretował wyniki i zalecił ewentualne leczenie. Jeśli czujesz, że coś w Twoim życiu jest nie tak, coś się zmieniło na gorsze i nie podoba Ci się ten stan (albo słyszysz od kilu bliskich, życzliwych osób, że tak jest), to zamiast pytać "doktora google" idź do psychologa/psychoterapeuty/psychiatry. Porozmawiaj o tym, co Cię gryzie w gabinecie, bo żadne forum internetowe jeszcze nikogo nie wyleczyło, a psychoterapia owszem.

czwartek, 12 lutego 2015
Centrum Psychologiczne "Kompas Osobisty"

 

Z przyjemnością zawiadamiam, że otwarte zostało

Centrum Psychologiczne "Kompas Osobisty"

Idea takiego centrum przyświecała mi od lat, ale różne życiowe sprawy były długo pilniejsze. Wreszcie jest! I zamierza się rozwijać. Oferuje konsultacje psychologiczne i psychoterapię, zarówno indywidualną, jak i dla par i rodzin (więcej na www.psychologwradomiu.pl lub facebook.com/psychologwradomiu). Ten zakurzony już nieco blog zamierzam ożywić i dalej pisać o tym, co mnie inspiruje i wprawia w zadumę, która pozwala się rozwijać we właściwym kierunku wyznaczanym przez wewnętrzny osobisty kompas. 

piątek, 27 stycznia 2012
Po co nam starzy i chorzy ludzie??

Serce mi się kraje, gdy słyszę z ust starych, czasem schorowanych ludzi, że nie są już nikomu do niczego potrzebni, że są jedynie ciężarem i woleliby odejść z tego świata. Przerażeniem napawają mnie wypowiedzi młodych ludzi, którzy to zdanie podzielają. Taka postawa jest, mam wrażenie, coraz powszechniejsza. Rodzice nie zabierają dzieci do chorych dziadków, bo to dla ich pociech mogłoby być przykre, dorośli ludzie nie podejmują opieki nad swoimi starymi rodzicami, bo to niewygodne. A potem się dziwią, że dzieciom brakuje wrażliwości i nie wiedzą, co to znaczy pomagać. Nic nie stwarza lepszych warunków do nauczenia się tych wartości, jak obcowanie właśnie ze starością, chorobą czy niepełnosprawnością. Bliskość osób, które nie mogą samodzielnie sobie poradzić jest potrzebna, żeby nauczyć się troski, empatii, odpowiedzialności. Daje poczucie, że samemu jest się potrzebnym. Wolontariat i praca w domach pomocy społecznej czy hospicjach jest jednym z najskuteczniejszych sposobów na resocjalizację więźniów. Przy takim spotkaniu następuje przewartościowanie, można odkryć w sobie pokłady człowieczeństwa. To po prostu uczy miłości. Takiej nauki nic nie zastąpi.



czwartek, 12 stycznia 2012
Ludzkie safari

W internecie ujawniono nagranie, na którym widać, jak członkowie plemienia Jarawa zamieszkujący Indyjskie Andamany tańczą dla turystów w zamian za jedzenie. Robią to ponoć na polecenie policjanta, którego zadaniem teoretycznie jest ochrona tej ludności (źródło:http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,10950848,Lokalne_plemie_wykorzystywane_traktowane_jak_zwierzeta.html). W sieci zagrzmiało. Ludzie są oburzeni, a obrońcy praw człowieka domagają się ochrony pierwotnej ludności i całkowitego odizolowania ich od wpływów współczesnego świata, aby nie stracili oni swojej tożsamości. A ja się pytam: jakim prawem???? Kto dał nam – „cywilozowanym” ludziom prawo do decydowania o innych?? Czy aby takie zachowanie nie jest dokładnie tym, czemu teoretycznie się sprzeciwia – traktowaniem tych ludzi jak bezwolne zwierzęta?? W czyim interesie jest zachowanie ich pierwotnej kultury jako wciąż żywej? Chyba w interesie naukowców, którzy mają ochotę pisać o tym doktoraty. Przecież te same zjawiska zachodzą chociażby u nas – staropolskie zwyczaje zanikają i zastępowane są przez amerykańskie czy zachodnioeuropejskie. Ale niechby ktoś tylko wpadł na pomysł odizolowania nas. Jak to?? Przecież my mamy prawo do wolności, wymiany kulturowej i decydowania o tym co robimy! Czy zawsze podejmujemy mądre decyzje? Niekoniecznie. To jednak jeszcze nie jest powód, żeby odbierać prawo do ich podejmowania innym. Może potraktujmy członków społeczności Jarawa jak rozumnych ludzi, takich samych jak my i pozwólmy im o sobie stanowić.



środa, 09 listopada 2011
wymiana opinii

Założyłam konto na facebooku i odkrywam działanie tego portalu. Cieszy mnie, że mogę zobaczyć zdjęcia dawno nie widzianych znajomych (wcześniej służyła temu nasza-klasa, ale stała się niemodna i teraz można to zrobić niemal jedynie na fb), że mogę dowiedzieć się więcej o zainteresowaniach dalszych znajomych, pogadać z kimś, czy znaleźć osobę, która ma podobne zainteresowania itp. Widzę, jak wiele osób bawi udzielanie się na tym portalu , jak dużo czasu temu poświęcają. I o ile czymś fascynującym wydaje mi się, gdy wymieniają opinie ludzie rzadziej się widujący, o tyle niezmiernym zdziwieniem reaguję, gdy mąż z żoną, którzy na co dzień śpią obok siebie, wymieniają na fejsie uwagi na temat jakiegoś obiektu czy wydarzenia. Czy nie mogą tego zrobić siedząc twarzą w twarz, a nie twarzą w monitor?? A może aktualnie wartością jest dzielenie się z całym światem faktem wymiany opinii z małżonkiem?? Czy też istnieje jeszcze jakiś inny powód, który nie mieści się w mojej niedzisiejszej, staromodnej głowie? Niechże mi ktoś to wyjaśni, bo nie ogarniam, co się dzieje.

 

P.S. Ciekawe, czy ktoś kliknie pod tym tekstem przycisk "lubię to"??

23:42, kompasosobisty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2011
tak mało słów potrzeba

Zapisałam się na kurs angielskiego. Kurs konwersacyjny, bo miałam wrażenie, że właśnie umiejętność płynnej konwersacji najbardziej mi odpłynęła przez lata używania tego języka od przypadku do przypadku. Na kolejnych zajęciach lektorka zaproponowała nam dość kontrowersyjne tematy do dyskusji, takie jak np. eutanazja. Ze zdumieniem zaobserwowałam, że choć i mnie i mojej rozmówczyni brakuje odpowiednich słówek, to całkiem nieźle jesteśmy w stanie sobie przekazać nasze myśli. A może nie tyle myśli ile odczucia. Taki mi się wniosek nasunął, że żeby wyrazić dokładnie myśl, potrzebny jest właśnie odpowiedni zasób słów, ale do przekazania postawy i znaczenia naszych przekonań wystarczy bardzo niewiele słów, okraszone pewną ilością gestów i spojrzeń. Może to nie jest najbardziej odkrywcze, bo już jakiś czas temu amerykańscy naukowcy obliczyli, że to, co do nas dociera, to w większości komunikacja niewerbalna. Ale doświadczenie odbioru niełatwego przekazu, bez użycia wielu trudnych słów było dla mnie dziś poruszające.

16:59, kompasosobisty
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4