RSS
piątek, 10 czerwca 2011
Kryzys trwałości związków

Niedawno usłyszałam o śmierci pewnej miłej starszej pani. Gdy dopełniono wszystkich formalności i wyprawiono pogrzeb, rodzina wróciła do swoich codziennych obowiązków. Cała rodzina, oprócz jej męża. Przeżyli razem ponad 60 lat i teraz zaradny i ciągle sprawny starszy pan nie umie się odnaleźć w samotnym życiu. Nie dane im było wychowywać dzieci, więc przez 60 z górką lat małżeństwa byli tylko ze sobą. Na pewno mieli gorsze i lepsze chwile, prawdopodobnie przezwyciężyli niejeden kryzys i wciąż byli razem i darzyli się miłością.

Mam nadzieję, że ów starszy pan ułoży sobie w spokoju ostatnie lata swego życia. Większe trudności widzę przed młodym pokoleniem, dla którego taki związek to abstrakcja. Średnia wieku, w którym zawierane są małżeństwa rośnie, a więc choćby z tego powodu, związki zwykle są krótsze (dzisiejsza młoda para, która ma po 30 kilka lat, raczej niewielkie ma szanse na kolejnych 60 wspólnych). Liczba rozwodów też rośnie, a z nią przyzwolenie społeczne na takie rozstania. Dziś, w dużym mieście, ludzie nawet nie wiedzą, kto mieszka za ścianą, tym bardziej więc nie zauważą, czy mieszka tam małżeństwo, czy już tylko kobieta z dzieckiem, a może z nowym partnerem. Znika też więc potępienie dla takich zachowań. Na zachodzie normą są rodziny zrekonstruowane, wychowywanie dzieci przez kolejnych partnerów biologicznych rodziców. W Polsce taka sytuacja też staje się coraz częstsza. Trwałość związku małżeńskiego jako wartość zanika. Kolejne pokolenia nie mają nawet skąd czerpać przykładu takich małżeństw. Od kogo mają się nauczyć przezwyciężania kryzysów w związku, jeśli rodzice w takiej sytuacji odchodzą od siebie? Zmienia się wizja małżeństwa, zmieniają się wartości. A może po prostu zanikają? Przez życie w ciągłym pośpiechu i patrzenie tylko na to, co łatwe, ładne i wygodne, gubimy podstawowe wartości?? Jakie będą konsekwencje społeczne przekształcenia małżeństwa w coś chwiejnego i nietrwałego?? Obawiam się, że już nie po 60 latach małżeństwa, ale na samym początku młodzi będą czuli się zagubieni.



piątek, 25 lutego 2011
Nawyki i uważność

Po mojej narciarskiej przygodzie opisanej w poprzedniej notce dany był mi czas poobserwowania siebie i swoich nawyków. Nagle, ze zdumieniem, odkryłam jak wiele razy na co dzień wracam się z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki itd., bo czegoś zapomniałam. Wydawało mi się, że raczej jestem uważna i planuję swoje działania. Ale dopiero kiedy każda taka przechadzka wywoływała ból i organizm domagał się ich ograniczenia, zauważyłam, jak wiele ich jest. Od tamtej pory nie nabiłam sobie też ani jednego siniaka na nogach, podczas gdy normalnie jestem wiecznie posiniaczona (ciało mam delikatne i wystarczy lekkie otarcie o mebel, żeby został ślad w postaci siniaka). Nagle okazało się, że jestem w stanie uważać, gdzie i jak stawiam nogi i nie narażać ich na dodatkowe urazy, co do tej pory wydawało mi się wręcz niewykonalne. Dopiero gdy ból przestał dokuczać podczas normalnego funkcjonowania uwaga znów zaczęła odlatywać i zdarzyło mi się usiąść na zszytej nodze w taki sposób, że zwinęłam się z bólu. Ot, nawyki zaczęły powracać. I teraz pytanie, czy uda mi się zwalczyć te niepotrzebne skoro już wiem, że są? I jak to zrobić, żeby zauważyć inne swoje nawyki, do których już tak się przyzwyczaiłam, że sądzę, że ich nie ma? Każdy człowiek na całe tuziny takich nieuświadomionych zwyczajów, często zupełnie niepotrzebnych, a nawet szkodliwych. Mnie potrzeba było sporego wstrząsu w postaci wypadku  i jego konsekwencji, żeby je zauważyć. Czy da się je wyłapać bez  tego? Jakie ćwiczenia mogę wymyślić, żeby zauważyć nawyki i móc się ich pozbyc?

niedziela, 13 lutego 2011
narty i parę szwów

Wyjechałam na narty. Było fajnie dopóki nie doświadczyłam bliskiego spotkania ze snowboardzistą, a konkretnie z jego dobrze naostrzoną deską i nieco gorszymi umiejętnościami. Zjazd ze stoku kontynuowałam w toboganie:

 

Potem była podróż na Izbę Przyjęć do Cieszyńskiego szpitala. Po paru dniach zmiana opatrunku. Gdy zapytałam lekarza, ile mam szwów, on zasiadł przy biurku, zapisał karteczkę i powiedział, żebym sama sobie obliczyła:

Ponoć pół szpitala słyszało moją reakcję. Pozdrawiam Pana doktora, który z pierwszego spotkania zapamiętał, że jestem humanistką ;-)

20:06, kompasosobisty
Link Komentarze (5) »
sobota, 01 stycznia 2011
Pigułka szczęścia dla Ciebie i psa.

Co zrobić, gdy nasz pies jest agresywny? Jak pomóc kotu, który stał się osowiały? Jak zaradzić lękliwości zwierzaka?

 

a)      uśpić

b)      wytresować

c)      dać mu pigułkę szczęścia – prozak

d)      nic nie robić – może mu przejdzie

 

Stawiam na to, że najczęściej wybierane działanie to to z odpowiedzi d. Skutki bywają opłakane. Ci, którzy nie mają zwierząt i nie darzą ich miłością pewnie częściej wybraliby odpowiedź a.  Część osób myli odpowiedź b z tłumaczeniem zwierzęciu i często słyszę na ulicy: „chodź, Misiek, przecież musimy zrobić zakupy i zdążyć odwiedzić ciocię, no chodź, przecież to dla nas ważne” itp.  Dość rzadko ludzie wybierają więc rzeczywistą tresurę. A grupa amerykańskich naukowców przedstawiona w filmie „Zwierzaki na prochach” (ang. „Pets on Prozac”), przekonuje, że najlepiej wybrać odpowiedź c. Stworzyli nawet specjalne odpowiedniki ludzkich leków antydepresyjnych, które są o smaku wołowiny i „świetnie” nadają się dla zwierzaków.  Pupile się wyciszają i przestają sprawiać problemy. Właściciele twierdzą, że są szczęśliwsze. Tresura czy układanie psa to praca nawet nie przez godzinę dziennie z treserem, ale bez przerwy, całą dobę. Trudne, prawda? Prawie tak samo jak wychowanie dziecka albo praca nad samym sobą. A skoro można bez wysiłku, to co wybieramy? Pal sześć, że efekt nie będzie ten sam, że będzie wywołany sztucznie. Przecież non stop jesteśmy bombardowani „dobrymi radami”: „jak schudnąć bez ćwiczeń i diety? – weź pigułkę!”, „chcesz pozbyć się bólu wątroby i jeść tak, jak chcesz, nawet jeśli to niezdrowe? – połknij naszą pastylkę” – bez kłopotu, bez wysiłku, bez trudnego zmieniania nawyków. Pigułka szczęścia i już czujemy się fantastycznie i nie mamy żadnych kłopotów. Nasze zwierzaki też. Proste, prawda?

Tylko coś mi mówi, że nie bez powodu lenistwo znalazło się w wykazie grzechów głównych. A przysłowia z jakiegoś powodu mówią, że „bez pracy nie ma kołaczy”....

niedziela, 26 grudnia 2010
Świąteczne życzenia

Wszystkim czytelnikom życzę wielu świątecznych refleksji i duchowego odrodzenia. Autorka.

18:07, kompasosobisty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010
Świąteczne porządki

Ostatnie dni wypełniło mi przedświąteczne sprzątanie. Zwalczyłam podpowiedzi wewnętrznego leniucha, który mówił, że przecież mieszkanie sprzątane jest regularnie, więc nie ma po co wywracać go do góry nogami i wzięłam się do roboty. Szybko okazało się, że w rzadko odwiedzanych szafkach czają się przeterminowane leki czy kosmetyki, które bardziej mogłyby zaszkodzić niż pomóc; dawno przeczytane gazety, do których nigdy już nie zajrzę i inne, nikomu niepotrzebne szpargały. Pomyślałam sobie, że te świąteczne porządki to dobry zwyczaj, bo dzięki nim zyskałam trochę przestrzeni na rzeczy nowe czy po prostu bardziej mi teraz potrzebne, no i poukładałam sobie wszystko tak, aby wygodniej było mi z tego korzystać.

Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać nad świątecznymi porządkami w głowie. Niby wszystko tam jakoś poukładane, ale jak wielu ludzi żywi nieadekwatne do ich aktualnej sytuacji przekonania, ma nieskuteczne, czy wręcz szkodliwe nawyki, sposoby zachowania czy myślenia. I nie ma w kalendarzu takiego wydarzenia, przed którym należałoby je wszystkie wyjąć i poukładać na nowo, albo zastąpić lepszymi. A szkoda. Owszem, podejmujemy czasem noworoczne zobowiązania, postanowienia, ale ile osób ich potem przestrzega?? A to dlatego, że nie zostały poprzedzone porządnym bilansem, remanentem, który pozwoliłby realnie oszacować stan faktyczny, możliwości i potrzeby. Zaryzykuję stwierdzenie, że każdemu przydałby się taki czas, który poświęciłby tylko na skupienie się na swoim umyśle. I mam pomysł: warsztaty pod hasłem „świątecznych porządków w głowie”. Kto z Was podjąłby takie wyzwanie? I zechciał wejść w nowy rok z czystszym umysłem?

wtorek, 14 grudnia 2010
Wypaczony obraz świata

Próbuję porównywać to, co słyszę o świecie mnie otaczającym z tym, co widzę. I to porównanie nie wypada najlepiej. Coraz częściej mam wrażenie, że chodzi o dwa zupełnie różne światy.

Media takie jak telewizja, radio, praca – także ta internetowa, w założeniu powinny być naszym oknem na świat, poszerzać horyzonty, dawać możliwość dowiedzenia się o sprawach,  o których w inny sposób byśmy się nie dowiedzieli, zobaczenia miejsc, których na własne oczy nigdy byśmy nie zobaczyli itd. Media te istnieją jednak dzięki temu, że zarabiają – tak jak wszelkie inne twory w kapitalistycznym świecie. A zarabiać chcą coraz więcej. Sprawdzają więc, jakie informacje sprzedają się najlepiej i takie właśnie podają. Nie jest już dla niemal nikogo zaskoczeniem, że sprzedają się: afery, tragedie i awantury. Mózg człowieka jest tak skonstruowany, że na te bodźce reaguje najszybciej. Z prostego powodu: po przodkach ewolucyjnych odziedziczyliśmy umiejętność szybkiego zauważania sytuacji zagrażających, niebezpiecznych – było to konieczne, żeby gatunek mógł przetrwać. Jeśli w pobliżu stada oprócz śpiewu ptaków i szumu wiatru da się usłyszeć ryk, czy nawet oddech drapieżnika, zmysły wyostrzą się na ten ostatni dźwięk, to on przyciągnie uwagę i zaalarmuje ciało, aby było zmobilizowane do działania, na przykład ucieczki lub obrony. Dzięki temu właśnie mechanizmowi przykuwają naszą uwagę informacje o paraliżu komunikacyjnym czy morderstwie. A ponieważ każde medium chce przyciągnąć czytelników, prześcigają się one w serwowaniu takich właśnie informacji. I wcale nie mam tu na myśli tabloidów, które doprowadziły to zjawisko do stanów kuriozalnych. Myślę o mediach szanowanych, tzw. opiniotwórczych, które szczycą się wysoką rzetelnością i dużą oglądalnością: takich jak choćby telewizja publiczna czy najpopularniejsze serwisy informacyjne prywatnych stacji. I tak na przykład w ostatnich dniach wszystkie serwisy opisywały „tragiczną” sytuację na dworcach i w pociągach. Ludzie do kamery mówili, że jechali w warunkach okropnych, „jak zwierzęta”, albo nawet „jak jeńcy wiezieni na Sybir”. To ostatnie porównanie szczególnie mnie zmroziło. Wyolbrzymianie leży jakoś w ludzkiej naturze, a obecność kamery najwyraźniej jeszcze tę tendencję pogłębia, ale są chyba jakieś granice przyzwoitości!! Dla porównania zamieszczam dwa zdjęcia:

Podpisu chyba nie wymagają.

 

To, co mówią ludzie, to jedno, ale to, że emitowane jest to przez szanowany dziennik na cały kraj, to drugie. Potem ludzie mają w głowach tylko te chwytliwe hasła: kolej = sybir. I taki pogląd rozpowszechniają.

Podobnie z drogami. W każdym serwisie grzmią, że drogi są w strasznym stanie, że zaśnieżone, oblodzone i nieprzejezdne. Owszem, gdzieś każdego dnia takie są i trzeba ostrzegać. Ale nie tworzyć obraz jednej wielkiej tragedii. Obraz ten tworzy się automatycznie w ludzkich głowach. Ot, na przykład w głowie mojej mamy, która jest wykształconą i inteligentną osobą, ale po naoglądaniu się takiej masy strasznych informacji dostaje niemal palpitacji serca, gdy chcę wybrać się w 100 km. podróż. Ja jednak wsiadam, jadę i co? I całkiem nieźle – pługi jeżdżą, droga nie taka zła. Owszem, trzeba jechać bardzo powoli, ale się dojedzie. Żadnego armagedonu. Ale o tym nikt w mediach nie powie, a moja mama, jak tysiące innych ludzi, niepotrzebnie trzęsie się ze strachu.

Wyliczać by można długo: agresja w szkołach, dzieci rzucające się na nauczycieli!! Tylko gdzie kontekst i statystyka? To się zdarza, ale nie tak często, jakby się mogło wydawać, gdy się o tym słyszy co drugi dzień! Ja sama prowadzę setki zajęć w szkołach i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć nawet wulgarnego, agresywnego słowa pod moim adresem. Itd.

Wydawać by się mogło, że żyjemy w jakimś naprawdę przerażającym świecie i nie ma już dla nas nadziei. I tak się wydaje wielu osobom. A gdy tak się wydaje, gdy ludzie w to wierzą, to zaczynają żyć zgodnie z tymi przekonaniami i problem samoczynnie rośnie, nakręca się i rzeczywistość zaczyna zbliżać się do medialnego obrazu.

Taki proces może tworzyć w ludziach poczucie bezradności i beznadziei. Dlatego piszę o tym na swoim blogu, który dotyczyć ma rozwoju osobistego. Bo jak tu się rozwijać, jak mówić dzieciom i młodzieży, że warto, jak tworzyć w nich właściwe postawy, kiedy oni „wiedzą” z dobrze poinformowanych źródeł, że świat jest z gruntu zły, a ludzie podli i nic się z tym nie da zrobić??

Trudno jest uczyć młodzież odróżniania dobra od zła, kiedy jednocześnie ktoś publicznie mówi, że rządu w ogóle nie obchodzi los człowieka i świadomie mu szkodzi. Kiedy obala się autorytety jeden po drugim (Wałęsa agentem, Kapuściński kapusiem itp. itd.). Kiedy nie pokazuje się im tego, co dobre, wartościowe i godne naśladowania. A przecież w rzeczywistym świecie i takich rzeczy jest ogrom. Pokazujmy prawdę, zrównoważoną, adekwatną. Nie wiem, czy mam wpływ na media, ale każdy ma wpływ na siebie i na to, jaki obraz świata tworzy w głowie własnej i w głowach innych osób. Dobrze, aby był to obraz prawdziwy, nie jednowymiarowy. Wtedy tworzy się pole do rozwoju.

niedziela, 12 grudnia 2010
Należy misie

Mam wrażenie, że w naszym ekosystemie pojawiło się nowe zwierzę: „należymiś”. Może z resztą wcale nie jest takie nowe, ale z pewnością można zaklasyfikować go jako szkodnika. Zwierz ten chodzi i na wszystko narzeka, ciągle czegoś mu brak i nie może  tego braku znieść, na znak czego wydaje z siebie ryk: „Należy mi się!”.

Zauważam tego szkodnika na ulicach, w pociągach, w domach, ale przede wszystkim w mediach, gdzie żeruje sobie w najlepsze. Przeszkadza mu np. że podczas gwałtownego ataku zimy, śnieżycy i zawiei drogi nie są czarne i suche – chciałby bowiem, żeby takie były i przecież mu się należy! Bo: płaci podatki, żyje w XXI wieku, głosował na tego i tego albo po prostu BO TAK!!! I nic go nie obchodzi, że pług czy solarka nie przefrunie przez korek (sam z resztą miejsca by mu nie ustąpił, bo przecież należy mu się miejsce w korku, na którym właśnie stoi). W nosie ma także awarię sieci ciepłowniczej, która jest akurat usuwana i przed kamerą znanego dziennika opowiada o „nieludzkich” wprost warunkach, w których przyszło jemu i jego rodzinie bytować, gdy na dworze mróz: na dowód owej nieludzkości wskazuje termometr w mieszkaniu, który wskazuje, o zgrozo!, 15 stopni Celsjusza. I to bynajmniej nie na minusie. Należymiś nie sili się na refleksję na temat działania pługów czy elektrociepłowni. Jego to zupełnie nie interesuje. On zakłada, że ma być: ciepło, sucho, suto, pełno i dobrze. Zirytowana jestem tym faktem i mam wrażenie, że plaga należymisiów się rozszerza, być może nawet nie mamy do czynienia z osobnym gatunkiem, ale z chorobą wirusową, która przenosi się drogą kropelkową.

I chcę tutaj apelować obronie zimy: gdy przychodzi owa pora roku naturalnym jest: zimno i śnieg. I, proszę mnie dobrze zrozumieć, nie chodzi mi wcale o zwalnianie kogokolwiek z jego obowiązku: również złoszczę się, gdy nie mam gdzie zaparkować, bo dozorca nie odśnieżył terenu przed blokiem. Ale gdy śnieg sypie w tempie kilkudziesięciu centymetrów na dobę, to patrzę przez okno – nawet samochodowe – i podziwiam jego biel, nie dziwiąc się wcale, że dostrzegam ją także pod kołami. Bo takie jest prawo natury i basta! A z należymisiami nie gadam. Już wolę zwykłe bałwany.

15:22, kompasosobisty
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 listopada 2010
Rozwód

W ramach doskonalenia umiejętności pracy z ludźmi i pomagania im w      trudnych życiowo sytuacjach, wybrałam się na szkolenie pt "praca z dzieckiem i rodziną w sytuacji rozwodu". Szkolenie wzbogaciło moją wiedzę i umiejętności i napewno przyda mi się w pracy. Wpłynęło też na moje myśli poza pracą - zaczęłam rozglądać się po znajomych i zastanawiać:  dlaczego ludzie się rozwodzą?

Patrzę na niektóre pary, które są w chronicznym kryzysie i biją się z myślami o rozwodzie, chociaż jakaś część ich samych wcale tego nie chce. I widzę, że nierzadko kłopot polega na tym, że nie umieją się porozumieć. Nie umieją przekazać drugiej osobie swoich potrzeb. Nie umieją wysłuchać, jakie są potrzeby partnera. I narastają w nich pretensje za te niespełnione pragnienia i niezaspokojone potrzeby. A mnie coś aż ściska w żołądku, gdy myślę sobie, że czasem wystarczyłoby im kilka narzędzi - sposobów komunikowania się, żęby przekazać drugiej osobie ważne treści (pomijam tu oczywiście sytuację ewidentnego nie wywiązania się z przysięgi jednego z małżonków). Ale wizyta u psychologa, który mógłby ich tego nauczyć, wydaje im się ostatecznością - przyznaniem się do porażki, czego za wszelką cenę starają się uniknąć. I, paradoksalnie, to właśnie prowadzi ich do tej porażki - do sytuacji, w której już kompletnie nie potrafią sobie przekazać nawet najprostszych treści, w której czują się zagubieni, rozżaleni, zawiedzeni. W której czują, że nie zdali egzaminu z miłości, z małżeństwa. A może wystarczyło pójść na "korki"?

poniedziałek, 15 listopada 2010
Grupy Twórczego Rozwoju

Nowa inicjatywa, w której biorę udział. Serdecznie zapraszam!!!