RSS
wtorek, 09 listopada 2010
Komentarze

Przeglądam sobie statystyki i widzę, że całkiem niemało osób tutaj z różnych powodów trafia i zagląda. Zastanawiam się, czemu te osoby, czemu Wy - drodzy czytelnicy tego bloga, nie dzielicie się tutaj swoimi opiniami na temat tego, co ja piszę?? Czekam z utęsknieniem na interakcję z Wami, na Wasze reakcje, uwagi i przemyślenia. Piszcie Kochani, komentujcie! To będziecie mnie motywować do dalszego prowadzenia bloga i pomagać mi go ulepszać.

Pozdrawiam Was serdecznie,

Autorka.

Tagi: komentarze
21:29, kompasosobisty
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 listopada 2010
Przemoc psychiczna

Prowadzę warsztaty z młodzieżą, m.in. na temat agresji i przemocy. Na jednych z takch warsztatów młodzież miała za zadanie stworzyć plakaty na temat m.in. różnych rodzajów przemocy. Na plakacie na temat przemocy psychicznej znalazł się rysunek, który bardzo mnie poruszył. Wyraża on, moim zdaniem, wiele emocji towarzyszących zjawisku przemocy psychicznej, takich jak zagubienie, strach, poniżenie, poczucie osamotnienia i niezrozumienia przez ofiarę przemocy, dlaczego właśnie ją to spotyka. Pracowałam w swoim życiu z ofiarami przemocy domowej i wiem, z czym przychodzi im się mierzyć. I jak trudne jest wyjście z tej roli, z tej sytuacji. Młodzież, z którą miałam warsztaty też rozumiała ten temat. Niektórzy z uczestników znali go niestety z własnego doświadczenia. Budujące jest to, że widzą oni nadzieję i mają odwagę pytać i prosić o pomoc. Taka prośba to często pierwszy krok do zmiany sytuacji. Jeden telefon, mail, czy spotkanie z psychologiem może zapoczątkować trudny, ale owocny proces wewnętrznej przemiany, który może skutkować zmianą także zewnętrznej sytuacji. Chciałabym, aby wszyscy Ci, którzy doświadczaja tego, co postać z rysunku, o tym pamiętali.

przemoc psychiczna

 

Jeśli ktoś z osób czytających tę stronę jest w takiej sytuacji lub zna osobę, która się w niej znajduje, polecam telefon do Warszawskiej "Niebieskiej Linii": (22) 668 70 00 lub Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia": 0 801 12 00 02

 

środa, 03 listopada 2010
Największy błąd

23:02, kompasosobisty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 października 2010
Intuicja??

Kilka dni temu wychodząc rano do pracy poczułam dziwny niepokój. Nie potrafiłam stwierdzić, z czego on wynika. Spojrzałam na zegarek – miałam jeszcze sporo czasu, nie obawiałam się więc spóźnienia. Czułam się przygotowana do prowadzenia zajęć, na które jechałam, wszystko było ustalone – o co więc mi chodziło??

Nie umiałam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wsiadłam więc do samochodu i pojechałam do szkoły, w której miały się odbyć moje warsztaty. Gdy zaparkowałam i zaczęłam zbierać się do wyjścia, zorientowałam się, że brakuje mi ważnych materiałów. Czarna teczka, którą zawsze ze sobą biorę musiała zostać w domu. Przeszukałam samochód kilka razy i nic. Odkryłam źródło mojego niepokoju. Na szczęście była ze mną druga osoba, którą poprosiłam o rozpoczęcie zajęć, podczas gdy ja popędziłam z powrotem do domu po materiały. Szczęście, że nie było korków, a mieszkam dość niedaleko, więc udało mi się szybko wrócić, jeszcze zanim koleżanka zdążyła zacząć.

Zaczęłam się zastanawiać, co sprawiło, że odczuwałam niepokój. Czy mogę to nazwać intuicją?? Chyba jakaś część mojego mózgu zdołała zauważyć brak potrzebnej teczki, jednak nie udało się tej informacji przebić do świadomości. Skoro była w głowie, ale nie w świadomości, musiała być w nieświadomości. A nieświadomość nie potrafi chyba posługiwać się słowami, posłużyła się więc dostępnym jej narzędziem – odczuciem niepokoju. Szkoda, że ja, świadoma ja, nie umiałam właściwie odczytać tego sygnału. Jak wiele informacji jeszcze jest w mojej nieświadomości, do których nie mam dostępu, tego nie wie nikt (poza moją nieświadomością). Szkoda, że nie umiem się z nią właściwie komunikować. Po tym doświadczeniu postanowiłam sobie solennie zwracać baczniejszą uwagę na niejasne sygnały płynące z mojego ciała. Następnym razem nie wyjdę z domu, jeśli nie zdiagnozuję, o co mi właściwie chodzi. Może z czasem nauczę się właściwie odczytywać znaki, które daje mi nieświadomość, używać mojej intuicji.

poniedziałek, 18 października 2010
Znać drogę....

Znać drogę, to nie to samo, co iść drogą.

Znać drogę, to nie to samo, co iść drogą.

21:36, kompasosobisty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 października 2010
Uczyć się na błędach.

W dzisiejszych czasach badacze i praktycy nie mają już chyba wątpliwości, że nauka przez doświadczenie jest najbardziej skuteczna. Ponoć przeciętny człowiek zapamiętuje 5% tego, co usłyszy, 20% tego co zobaczy ale aż 80% tego, co zrobi i sprawdzi na własnej skórze. Oczywiście ludzie różnią się od siebie, jedni są słuchowcami i zapamiętują dużo zasłyszanych informacji, inni wzrokowcami, którzy uczą się patrząc, a jeszcze inni kinestetykami, którzy do nauki potrzebują ruchu. Jednak bezdyskusyjne jest, że gdy pobudzamy większą ilość zmysłów (wzrok, słuch, dotyk), zapamiętujemy lepiej, a gdy doświadczamy, przeżywamy i sami dochodzimy do rozwiązań – nauka jest jeszcze bardziej efektywna. Wykorzystuję tę wiedzę prowadząc szkolenia i warsztaty i na własne oczy widzę, jak to działa. Nie chciałabym jednak rozpisywać się tu o oczywistościach. Chcę posunąć się krok dalej. Zastanawiam się ostatnio, jakiego rodzaju doświadczeń potrzebuje człowiek, by efektywnie się uczyć. Mam wrażenie, że w dzisiejszej psychologii powszechne jest przekonanie, że człowiekowi należy dostarczać pozytywnych doświadczeń. Trudno dziwić się temu przekonaniu, gdy weźmie się pod uwagę, że z rozmaitych badań wynika, że nagrody działają lepiej, skuteczniej niż kary, gdy uczymy czegoś człowieka. Zaś w sytuacji terapii, gdy ktoś doświadczył w swoim życiu wielu negatywnych przeżyć, czuł się, dajmy na to, odrzucony, niepotrzebny, nieważny, lecząca może być sama relacja z terapeutą, w której osoba ta może doświadczyć akceptacji, czyjejś uwagi, zainteresowania, docenienia i życzliwości. Nie mam co do tego wątpliwości.

Jednak nie tylko pozytywne doświadczenia są nam potrzebne do uporania się z własnymi trudnościami. Gdy ten przykładowy pacjent (czy klient jak wolą niektórzy) przechodzi proces terapii, ważne jest aby skonfrontował się z tym, co dla niego nieprzyjemne i bolesne. Jeśli głęboko w sobie ma poczucie winy lub chowa rozpacz z powodu odrzucenia, aby uwolnić się od tego, musi stawić czoła swoim duchom ciemności, traumatycznym przejściom i trudnym emocjom. Nie jest to proces łatwy. Odruchowo ludzie uciekają przed takimi myślami czy wspomnieniami. Często bliscy radzą: „nie myśl o tym”, „zapomnij”. I człowiek stara się schować to wszystko, zapomnieć, ale nie może wyrzucić tego z własnego umysłu i cierpi. Kiedy więc, pod okiem terapeuty, w bezpiecznym miejscu i właściwym czasie staje oko w oko z tym, co najbardziej go przeraża, czuje strach/smutek/złość i bardzo często ogromny ból. Jednak przeżycie tego bólu często uwalnia od niego, pozwala przewartościować doświadczenia i poukładać sobie wszystko w głowie od początku.

Jednak takie negatywne doświadczenie nie jest dla klienta niczym nowym. Terapeuta  nie tworzy go, a jedynie daje przestrzeń, aby to, co już istnieje mogło wypłynąć na powierzchnię, ujrzeć światło dzienne. Chcę więc w swoich rozważaniach posunąć się jeszcze krok dalej. Przecież od wieków ludowe mądrości głoszą, że „człowiek uczy się na błędach” – ponoć większość na własnych, a geniusze na cudzych. Geniuszami jednak nie będę się tu dziś zajmować. „Zwykłemu” człowiekowi negatywne doświadczenia nierzadko dają bodziec do rozwoju. I każdy w swoim życiu takich przeżyć doznaje, choćby nie wiem jak rodzice i nauczyciele próbowali go przed tym uchronić. Bo zwykle chronią, wbrew ludowej mądrości. I tu pojawia się moje pytanie: czy psycholog/terapeuta/trener czy jakakolwiek osoba, której zadaniem jest pomaganie, wspieranie w rozwoju, ma prawo takie doświadczenia prowokować? Sądzę, że wielu poprawnie politycznych profesjonalistów oburzyłoby moje pytanie. Jednak inne przysłowie głosi, że „kto pyta, nie błądzi”, a ja szanuję ludowe mądrości, więc pytać będę dalej. To zagadnienie zrodziło się w mojej głowie nie bez powodu. Obejrzałam bowiem któryś odcinek programu „Świat według dziecka”, w którym Dorota Zawadzka, psycholog (znana powszechnie jako Superniania dzięki innej produkcji telewizyjnej) pomaga rodzinom borykającym się z kłopotami wychowawczymi. W tym odcinku jedną z głównych trudności w prezentowanej rodzinie, było mycie głowy dzieciom. Maluchy darły się w niebogłosy, płakały i próbowały uciekać z wanny, a zdesperowani rodzice prośbą, groźbą i, w końcu, siłą, próbowali głowy dzieci umyć, dla ich własnego dobra. Superniania oburzona sposobem zachowania rodziców, szczególnie mamy, w tej sytuacji (zarejestrowanej i zaprezentowanej na nagraniu), zaprosiła ową mamę do własnej łazienki, poprosiła o pochylenie się nad wanną i umyła jej głowę w sposób podobny, jak robiła to rzeczona pani swoim dzieciom (mało delikatnie, mało przyjemnie, z pianą lecącą do oczu i straszeniem, że zaraz przyjdą sąsiedzi, jeśli się nie uciszy). Dla mamy przeżycie to było bardzo nieprzyjemne. Na własnej skórze doświadczyła przykrości, którą wyrządzała swoim dzieciom. Oczywiście później p.Dorota sprzedała rodzicom kilka świetnych patentów na uprzyjemnienie mycia głowy, pokazała rozmaite gadżety, które mogą w tym pomóc i życzliwie wyjaśniła, co i jak mają robić. Jednak najpierw zafundowała swojej klientce dość nieprzyjemne doświadczenie. Czy mogła zrobić to inaczej? Oczywiście. Mogła tłumaczyć, pokazać na filmie, poprosić o wyobrażenie sobie siebie w tej sytuacji itp. itd. Czy jednak byłoby to równie skuteczne? Czy owa mama równie dobitnie uświadomiłaby sobie, co robi?? Mam wątpliwości.

Może więc, skoro negatywne doświadczenia są skuteczne, mamy (my-osoby pomagające), nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek stosować tę technikę, kiedy uznamy ją za potrzebną? Może nie powinniśmy być ciągle mili, wspierający, rozumiejący,  jeśli co innego jest bardziej skuteczne? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi, w mojej głowie wciąż obija się o wiedzę zdobywaną w różnych okolicznościach i jeszcze nie wypracowało sobie stałego miejsca.

 

Zachęcam do dyskusji na ten temat, chętnie poznam opinie różnych osób i może, dzięki wymianie zdań, uda się wypracować dobrą odpowiedź.

środa, 13 października 2010
Zaginiony Symbol

Na ponad tydzień ograniczyłam swoje normalne funkcjonowanie wciągnięta w lekturę.  Przez ponad 620 stron, dzielone na wiele godzin byłam zupełni pochłonięta. A wszystko dlatego, że fabuła jest rewelacyjnie skrojona, intryga prowadzona w sposób godny podziwu, a wszystko okraszone znaczną ilością wiedzy o symbolach, masonach i sekretach. A wszystko to po to, by dotrzeć do starożytnej tajemnej wiedzy. Pradawnej tajemnicy, którą już znałam. Ta odwieczna mądrość nie zaskoczyła mnie (na co pewnie liczył autor), jednak jest tak fascynująca, że wciąż przyciąga bardziej niż grawitacja. I choć wiem, że istnieje, wciąż nie potrafię zbliżyć się do niej tak bardzo, jak bym chciała. Wciąż chyba przeszkadza mi w tym uporczywe trzymanie się dnia codziennego i tego, co potocznie nazywamy rzeczywistością. Czuję, że zbliża się czas, gdy będę musiała wybrać, zdecydować, czy ostatecznie sięgnę po tę mądrość całą sobą. Nie wiem,czy kiedykolwiek ją posiądę. Ale pragnę po nią sięgnąć.

 

środa, 29 września 2010
Lęk przed gorszym jutrem

18:40, kompasosobisty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 września 2010
Epigenetyka

Dane mi było obejrzeć dziś interesujący film dokumentalny na temat epigenetyki, czyli dziedziczenia poza genowego, pt. „Ukryte życie naszych genów”. Zawiłości natury naukowej nie będę tu przytaczać, zainteresowanych odsyłam do stron bardziej wyspecjalizowanych w tej dziedzinie (korzystanie z wyszukiwarki nie boli). Dobrą metaforę dla wyjaśnienia tego zjawiska przytoczyła w filmie Amanda Fisher z Imperial College z Londynu. Opowiada ona, że „nasze geny są jak karty rozdane przez rodziców. To rozdanie może być zmienione lub rozegrane inaczej w zależności do czynników epigenetycznych. Może nam to zapewnić inny rezultat.„. Naukowcy dowodzą, skądinąd znaną mi już teorię, że liczą się nie tylko geny, które dostaliśmy, ale ważny jest sposób ich uruchamiania, aktywacji. Niektóre mogą pozostać nieaktywne przez całe życie, inne włączą się w określonym momencie. Najciekawsze jest jednak to, że swoim stylem życie wpływamy na to, co się dzieje z naszymi genami, nawet dzięki diecie możemy je włączać lub wyłączać. Oczywiście nie dzieje się to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale jednak się dzieje. I prawdopodobnie w ten epigenetyczny sposób możemy także przekazać kolejnym pokoleniom spuściznę naszego życia – nasz styl życia odbije się na naszych dzieciach. Dzięki temu mechanizmowi organizm ludzki jest bardziej plastyczny, ma możliwość dopasowywania się do otoczenia. Dylemat geny czy środowisko wydaje się więc być już przestarzały, bo wygląda na to, że jedno na drugie wzajemnie oddziałuje. To dopiero bodziec do rozwoju! Do świadomego kierowania swoim życiem. Jedząc, odpoczywając, pracując, czytając, nie tylko wpływam na swoje aktualne samopoczucie i kolejny dzień, ale także na budowę moich komórek, ich odnawianie się, tworzenie nowych lub obumieranie. I to nie tylko, co już wiedziałam, na tworzenie i odbudowe połączeń neuronów, ale także na poszczególne komórki całego organizmu! Choć naukowcy rozpatrują tę kwestię niestety raczej w kategoriach sposobu poszukiwania cudownych pigułek i lekarstw na ludzkie lenistwo i zaniedbania. Cóż, po to jednak każdy ma swój rozum, by mógł zrobić z niego użytek. Mój rozum potraktował to jako bodziec do rozwoju właśnie i wzmocnienie dobrych nawyków i zachowań wskazując na ich trwałe konsekwencje.

Jest jeszcze jedna intrygująca kwestia: nikt do końca nie potrafi wyjaśnić jak przebiegają procesy epigenetyczne i, to już moje pytanie, dlaczego tak się dzieje. Nauka wyjaśnia jedynie coraz precyzyjniej co takiego się dzieje, ale nie jak i dlaczego. Ale to już temat na zupełnie inne, nowe rozważania.

środa, 22 września 2010
Pierwszy galop.

Przełamanie własnych ograniczeń, strachu. Skupienie uwagi i kontrola nad każdą częścią ciała. To jest potrzebne, aby galopować. Dosłownie i w przenośni. Adrenalina, skok ciśnienia i zastrzyk endorfin, tzw. hormonów szczęścia – to efekt. Radość, prawie euforia, że mi się udało, że dałam radę, że było tak wspaniale! Dziś odważyłam się i po raz pierwszy dałam koniowi sygnał do galopu i pognałam. Przeżycie niesamowite i niezapomniane. Za pierwszym podejściem, odrobina niepewności i prawie spadłam. Za drugim, głęboki wdech, skupienie i pełna kontrola, harmonia z koniem, sama przyjemność. Potrzeba było godzin ćwiczeń, bólu mięśni i stworzenia bezpiecznych warunków, aby się udało. Niech to będzie metafora innych dziedzin życia – solidne przygotowanie, skupienie i galop!!!